Czasem pierwszy sygnał pojawia się na długo przed lotniskiem. Chcesz odprawić się wygodnie z kanapy, przez aplikację, a system uparcie odmawia i każe zgłosić się do stanowiska na miejscu. Zwykle to nic groźnego, ale bywa zapowiedzią czegoś, co potrafi wywrócić poranek na lotnisku do góry nogami. Odbierasz wydrukowaną kartę pokładową od pracownika linii, zerkasz w róg i widzisz cztery litery: SSSS.
Dla większości podróżnych to zupełna zagadka. A chodzi o Secondary Security Screening Selection, czyli wytypowanie do dodatkowej, wnikliwej kontroli bezpieczeństwa. To amerykański wynalazek, wprowadzony po zamachach z 11 września i firmowany przez tamtejsze służby, czyli TSA i Departament Bezpieczeństwa Krajowego. Od razu warto rozwiać najczęstszy strach: to nie to samo co lista no-fly i nie znaczy, że zrobiłeś coś złego. Najczęściej nie znaczy w ogóle nic osobistego.
Decyzja zapada, zanim w ogóle dojedziesz na lotnisko. Działa to przez program Secure Flight: na kilka dni przed odlotem linie przekazują amerykańskim służbom listę pasażerów, a system porównuje ją z bazami i regułami wywiadowczymi. Jeśli twój profil coś zahaczy, przy nazwisku pojawia się znacznik, a obsługa na bramce dostaje sygnał, żeby wziąć cię na bok. I właśnie dlatego pierwszym objawem bywa nieudana odprawa online - karty z literami SSSS po prostu nie da się wygenerować samodzielnie.
Można pomyśleć, że to problem wyłącznie tych, którzy latają po Stanach. Nic z tych rzeczy. W ramach osobnego mechanizmu, opisywanego w dokumentach służb jako Silent Partner, Amerykanie typują do wzmożonej kontroli także pasażerów lotów międzynarodowych lecących do USA. W praktyce oznacza to, że Polak lecący prosto do Nowego Jorku albo przesiadający się gdzieś za oceanem równie dobrze może zobaczyć te cztery litery na swojej karcie.
Co się wtedy dzieje przy kontroli? Zamiast zwykłego przejścia przez bramkę czeka cię dokładne obszukanie, przejrzenie całego bagażu podręcznego i przetarcie rzeczy, w tym laptopa i telefonu, wymazówką sprawdzającą ślady materiałów wybuchowych, do tego weryfikacja tożsamości. Trwa to zwykle od kwadransa do trzech kwadransów, choć w gorszy dzień potrafi się rozciągnąć jeszcze bardziej. Co istotne, SSSS unieważnia wykupione udogodnienia w rodzaju TSA PreCheck czy Global Entry - pełną procedurę przechodzisz mimo wszystko. A jeśli odmówisz? Wtedy po prostu nie polecisz, a linia nie przytrzyma samolotu ani nie odda pieniędzy.
No dobrze, ale dlaczego akurat ja? Oficjalnie spora część typowań jest losowa i rzeczywiście potrafi trafić raz, a potem nie wrócić latami. Podróżnicy, którzy dostają SSSS notorycznie, wskazują jednak powtarzające się tropy: bilet kupiony w ostatniej chwili, międzynarodowa podróż w jedną stronę, płatność gotówką, niektóre kierunki, a czasem zwykły pech w postaci zbieżności nazwiska z kimś z listy obserwowanych. Służby trzymają się swojego, że w wielu przypadkach to po prostu przypadek.
Jest i dobra wiadomość dla tych, których system bierze na celownik za każdym razem. Można się z tego wypisać. Departament Bezpieczeństwa Krajowego prowadzi program o nazwie DHS TRIP, w ramach którego dostaje się siedmiocyfrowy numer redress - swego rodzaju identyfikator, który wpisuje się potem przy rezerwacji, żeby system przestał mylić cię z kimś innym. Wniosek jest darmowy i składa się go przez internet. Jeśli SSSS mignęło ci tylko raz, nie ma się czym przejmować, ale gdy wraca uparcie przy każdej podróży, to najprostsza droga, by odzyskać spokój na lotnisku.
Gdyby jednak i tak przyszło ci przejść przez tę procedurę, reszta jest prosta: przyjedź na lotnisko z zapasem czasu, miej naładowaną i łatwo dostępną elektronikę, zachowaj spokój i współpracuj z obsługą. Kontrola idzie wtedy zaskakująco gładko.
A kiedy już przez to wszystko przejdziesz, wylądujesz i ruszysz w miasto, cała ta lotniskowa gimnastyka szybko schodzi na dalszy plan. Wtedy, zamiast błądzić z nosem w mapie, warto mieć w kieszeni audioprzewodnik Travio - słuchasz opowieści o miejscach, które właśnie mijasz, i zwiedzasz we własnym rytmie, bez pośpiechu, do którego zmuszało cię lotnisko.
Cztery litery, które z początku wyglądają groźnie, po bliższym poznaniu okazują się głównie kwestią czasu i cierpliwości. A następnym razem, gdy zobaczysz je w rogu karty pokładowej, przynajmniej będziesz wiedział, na czym stoisz.
Zwiedzaj te miejsca z audioprzewodnikiem
Travio działa na całym świecie — ponad milion nagrań audio, zawsze pod ręką, bez przewodnika.