Zwykle robimy to w jednej kolejności. Najpierw miejsce, potem bilet, hotel, a na końcu lista rzeczy, których nie można przegapić. W piątek 25 września z Warszawy odleci samolot, w którym tę kolejność ktoś wywrócił do góry nogami. Pięćdziesiąt osób ma już spakowane walizki i bilety w kieszeni, a mimo to nie wie, w jakim kraju wyląduje.

To #LetsGetLost, akcja Wizz Aira, którą linia robiła już wcześniej w innych krajach. W Polsce odbywa się po raz pierwszy.

Biletu nie dało się kupić

Kto teraz szuka tego lotu w wyszukiwarce, niczego nie znajdzie. Miejsca na pokładzie rozdano w konkursie na Instagramie, który trwał od 27 sierpnia do 6 września. Wystarczyło wrzucić zdjęcie albo filmik pokazujący swoją „przygodową” stronę, oznaczyć przewoźnika i dodać hashtag #LetsGetLostPoland. Wybrano 25 zwycięzców i każdy może zabrać jedną osobę towarzyszącą. Na miejscu czekają ich cztery dni z programem, którego też nikt wcześniej nie zdradzi: lokalne jedzenie, kultura i kilka niespodzianek.

Sam Wizz Air w komunikacie rzucił kilka tropów, ale raczej po to, żeby podgrzać atmosferę, niż żeby cokolwiek podpowiedzieć. Madera? Marrakesz? Reykjavik? Teneryfa? Rzym? Grecka wyspa? A może coś, czego nikt się nie spodziewa.

Jedyna podpowiedź: pogoda

Uczestnicy nie dostaną nazwy kraju ani miasta przed wylotem. Kilka dni wcześniej dowiedzą się tylko, jakiej pogody mają się spodziewać, żeby wiedzieć, czy pakować kurtkę, czy klapki. Resztę odkryją dopiero po wylądowaniu.

Brzmi jak zabawa dla ludzi o stalowych nerwach, ale relacje z poprzednich edycji pokazują, że najlepsza część dzieje się jeszcze na lotnisku.

Jak to wyglądało u Brytyjczyków

W marcu 2024 roku taki lot wystartował z londyńskiego Gatwick. Dziennikarka, która poleciała z grupą zwycięzców, opisała to potem krok po kroku. Kilka dni przed wylotem uczestnicy dostali jedną wskazówkę: temperatura 18-20 stopni. Na tablicy odlotów, tam gdzie zwykle jest nazwa miasta, wisiał napis oznaczający po prostu „nieznany cel za granicą”.

Potem zaczęło się śledztwo. Na karcie pokładowej była godzina lądowania, 21:00, więc pasażerowie liczyli, ile to godzin lotu i w jakiej strefie czasowej może być ich cel. Typy krążyły po całej kabinie: Grecja, Portugalia, Egipt, Chorwacja. Autorka relacji próbowała jeszcze śledzić trasę przez okno i widziała Alpy, ale potem zrobiło się ciemno i dalej leciała już zupełnie na ślepo. Dopiero kapitan po wylądowaniu rozwiązał zagadkę: Antalya w Turcji. Cała kabina wybuchła krzykiem i brawami.

Ciekawe, czy w piątek z Okęcia polecą podobne typy. Na razie wiadomo tylko tyle, ile zdradzi prognoza pogody.

Można polecieć w ciemno bez konkursu?

Można, choć nie z Wizz Airem. Od lat robi to Eurowings, tania linia z grupy Lufthansy, w ramach usługi Blind Booking. Zasada jest prosta: wybierasz lotnisko wylotu, termin i kategorię. Kategorie mają nazwy w stylu „Pizza, Pasta & Amore” (Włochy) albo „Go East” (Europa Wschodnia i Bałkany). Cel poznajesz dopiero po zapłaceniu. Na stronie przewoźnika ceny zaczynają się od 89 euro. Kierunki, które już znasz albo których nie chcesz, można wcześniej wykluczyć. Im mniej wykluczysz, tym taniej wychodzi.

Jest kilka haczyków. Taki lot rezerwuje się od jednego do 42 dni przed wylotem. Biletu nie da się zmienić ani zwrócić, więc jeśli nie polecisz, pieniądze przepadają. Wyloty są z lotnisk w Niemczech, Austrii, Szwecji i Czechach. Dla kogoś ze Szczecina, Wrocławia czy Katowic Berlin albo Praga to nie jest wyprawa na koniec świata. Warto też pamiętać, że tanie bilety w taryfie podstawowej nie obejmują miejsca, a dodatkowy bagaż się dopłaca.

Skąd u linii taka hojność? Ekonomiści, którzy przyglądali się Blind Bookingowi, mają na to proste wyjaśnienie. Linia sprzedaje w ten sposób miejsca, które inaczej poleciałyby puste. Robi to taniej, ale bez psucia normalnego cennika. Ktoś, kto musi być w konkretnym mieście konkretnego dnia, i tak zapłaci pełną cenę. Na „ślepy” bilet skusi się ktoś, komu wszystko jedno, byle było ciekawie.

Wersja dla samodzielnych

Wielu łowców tanich lotów robi to od dawna, tylko nie nazywa tego lotem w nieznane. Ustalasz budżet i termin, bierzesz najtańszy kierunek, jaki wyskoczy, i jedziesz bez większych przygotowań. Różnica jest taka, że zanim klikniesz „kup”, widzisz, dokąd lecisz. Emocje nie te same, ale portfel też bezpieczniejszy.

Jest też coś, co łączy wszystkie takie wyjazdy. Lądujesz w mieście, o którym dzień wcześniej nic nie czytałeś, i trzeba je jakoś ogarnąć w kilka godzin. Przewodnik w wersji papierowej nie ma tu sensu. Podczas zwiedzania dużo lepiej sprawdza się audioprzewodnik Travio: działa w przeglądarce, prowadzi po GPS i opowiada o tym, obok czego akurat przechodzisz. Na spontaniczny wyjazd to chyba najlepsze, co można mieć w telefonie.

A dokąd w piątek poleci pięćdziesiątka z Warszawy? Tego nie wiedzą nawet oni. Dowiemy się razem z nimi, kiedy koła dotkną pasa.

🎧

Wspierasz mnie, korzystając z Travio

Travio to mój audioprzewodnik z milionem nagrań o miejscach na świecie. Korzystając z niego, wspierasz moją pracę.

Wypróbuj →