W poniedziałkowy wieczór lot Ryanaira z Sewilli do Nantes zamiast rutynowego podejścia do lądowania zakończył się ogłoszeniem alarmu paliwowego i zejściem na lotnisko oddalone o jakieś 300 kilometrów od pierwotnego celu. Brzmi jak scenariusz, w którym coś poszło potwornie nie tak z samą maszyną - a tymczasem winowajcą był zupełnie inny samolot, i to na ziemi.

Cofnijmy się o kilkadziesiąt minut. Boeing 737-800 wystartował z Sewilli około wpół do szóstej po południu i przez większość trasy leciał bez najmniejszych problemów. Kłopoty zaczęły się dokładnie tam, gdzie miał usiąść. Chwilę wcześniej z Nantes startował regionalny odrzutowiec Bombardier CRJ obsługujący połączenie Iberii do Madrytu. Podczas rozbiegu pękła w nim opona, odłamki uszkodziły jeden z silników, a załoga była zmuszona natychmiast zawrócić i lądować. Maszyna usiadła, ale na jedynym pasie startowym lotniska zostały porozrzucane kawałki, które trzeba było uprzątnąć, zanim ktokolwiek inny mógł podejść do lądowania.

Jedno lotnisko, jeden pas, żadnego zapasu

I tu tkwi sedno całej historii: Nantes ma dla ruchu pasażerskiego tylko jeden czynny pas. Nie ma zapasowego, na który dyspozytorzy mogliby przekierować kolejne przyloty. Gdy pas zamknięto, wszystko, co miało tam usiąść, zawisło w powietrzu.

Ryanair był akurat na finalnej prostej, więc musiał przerwać podejście i odejść na drugi krąg. Załoga wzniosła maszynę i krążyła, czekając, aż sytuacja się wyjaśni. Problem w tym, że każda taka minuta to spalane paliwo, którego na trasie z Sewilli zaplanowano dokładnie tyle, ile potrzeba - z rezerwą, ale nie z nadwyżką na godziny oczekiwania. Kiedy stało się jasne, że pas prędko nie zostanie otwarty, kapitan podjął decyzję: nadał kod transpondera 7700, czyli międzynarodowy sygnał sytuacji awaryjnej, i poprosił o priorytet. Kontrolerzy poprowadzili go najkrótszą drogą na Brest, port na samym czubku Bretanii, z którego irlandzki przewoźnik na co dzień w ogóle nie lata. Samolot usiadł tam bezpiecznie, mniej więcej dwie godziny i czterdzieści minut po starcie z Sewilli.

Co tak naprawdę oznacza kod 7700

Warto rozprawić się z tym, co brzmi najbardziej dramatycznie. Kod 7700 i alarm paliwowy nie oznaczają, że w zbiornikach zostały opary i silniki zaraz zgasną. To formalna procedura. Przepisy każą tankować tak, żeby wystarczyło na dolot do celu, potem na przelot na lotnisko zapasowe i jeszcze na jakieś pół godziny krążenia. Jeśli kapitan widzi, że po nieplanowanym oczekiwaniu zejdzie poniżej tego wymaganego minimum, ma obowiązek ogłosić sytuację awaryjną - właśnie po to, żeby dostać pierwszeństwo i usiąść, zanim zrobi się naprawdę ciasno. Innymi słowy: to zadziałało tak, jak miało zadziałać. Nikomu nic się nie stało.

Skutki uboczne poszły jednak szeroko. Zablokowany pas w Nantes rozłożył wieczorny rozkład na łopatki - odwołano kilka przylotów i wylotów, inne mocno się opóźniły, a lotnisko wróciło do normalnej pracy dopiero późną nocą, gdy służby techniczne uprzątnęły resztki po samolocie Iberii.

Jest w tej historii coś jeszcze, co łatwo przeoczyć w pogoni za nagłówkiem. Pasażerowie, którzy planowali wieczór w Nantes, wysiedli w Breście - na krańcu Bretanii, regionu, do którego zwykle jedzie się z wyboru, a nie z konieczności. To akurat jeden z tych zakątków Francji, gdzie nadmorskie klify, portowe miasteczka i średniowieczne uliczki potrafią wynagrodzić każdy nadłożony kilometr. Jeśli kiedyś traficie tam już na własnych warunkach, warto chodzić po takim mieście z sensem - sam podpowiadam znajomym, żeby zamiast wpatrywać się w tabliczki informacyjne, włączyli sobie w telefonie audioprzewodnik Travio.pl i dali się poprowadzić przez zaułki głosem, który opowiada, na co właśnie patrzą. Zwiedzanie od razu robi się płynniejsze i mniej przypomina odhaczanie punktów z listy.

Wracając na lotnisko: dla samego Ryanaira to nie pierwszy taki wieczór w ostatnim czasie. Kilka miesięcy temu głośno było o rejsie z Pizy do Glasgow, gdzie przez sztorm maszyna przez blisko dwie godziny nie mogła podejść do lądowania i ostatecznie usiadła w Manchesterze z paliwem starczającym dosłownie na kilka minut lotu. Różnica jest jednak istotna - tam winna była pogoda i seria nieudanych podejść, a w Nantes cała lawina ruszyła od jednej pękniętej opony w cudzym samolocie. Czasem wystarczy jeden drobiazg na pasie, żeby wieczór setek podróżnych skończył się 300 kilometrów dalej, niż powinien.

🎧

Zwiedzaj te miejsca z audioprzewodnikiem

Travio działa na całym świecie — ponad milion nagrań audio, zawsze pod ręką, bez przewodnika.

Wypróbuj →