Każdy to zna. Stoisz w kolejce, dochodzisz do taśmy, wyjmujesz laptopa, pasek, klucze, a potem zaczyna się to najgłupsze: wyciągasz z plecaka butelkę wody, którą kupiłeś dwadzieścia minut wcześniej na stacji, i wrzucasz ją do kosza. Nietkniętą. Piętnaście metrów dalej, już za bramką, stoi sklep, w którym kupisz dokładnie taką samą, tylko trzy razy drożej.
Trudno o lepszy symbol tego, jak działa dzisiejsze lotnisko. I trudno o zasadę, która przez dwadzieścia lat wkurzyła więcej ludzi.
Sierpień 2006, Londyn
Zasada 100 ml nie spadła z nieba i nie jest wymysłem sklepikarzy, choć bardzo łatwo tak pomyśleć. Do 2006 roku pasażerowie wnosili na pokład płyny w dowolnych ilościach i nikogo to nie obchodziło. Zmienił to tak zwany transatlantycki spisek lotniczy, wykryty przez brytyjską policję metropolitalną w trakcie szeroko zakrojonej operacji inwigilacyjnej. Zamachowcy planowali zdetonować płynne materiały wybuchowe na pokładach samolotów lecących z Wielkiej Brytanii do Stanów Zjednoczonych i Kanady. Preparaty miały wyglądać jak zwykłe napoje - i wyglądały przekonująco.
Reakcja była błyskawiczna i globalna. Pojemniki do 100 ml, wszystkie w jednym przezroczystym woreczku o pojemności litra, reszta do luku. W Unii Europejskiej zasada trafiła później do rozporządzenia wykonawczego Komisji 2015/1998 i obowiązywała identycznie od Lizbony po Helsinki. Wyjątki są dwa i od lat te same: leki oraz jedzenie dla dzieci. No i płyny z duty free, pod warunkiem że jadą w zaklejonej torbie z paragonem w środku.
Zwróć uwagę na jedną rzecz, bo ona tłumaczy sporo późniejszej frustracji: przepis dotyczy pojemności opakowania, a nie ilości płynu. Butelka 500 ml z dwoma łykami wody na dnie i tak leci do kosza.
Zasada, która przeżyła wszystko
Minęły prawie dwie dekady. Zmieniły się telefony, samoloty, całe pokolenie pasażerów. Terroryści z 2006 roku dawno siedzą. A woreczek dalej jest.
Powód jest prozaiczny i nie ma w sobie nic z konspiracji: stary skaner rentgenowski robi płaskie zdjęcie i po prostu nie potrafi odróżnić szamponu od czegoś, co szamponem tylko udaje. Skoro nie potrafi, to prawo zakłada najgorsze i redukuje ryzyko ilością. Sto mililitrów to mniej więcej tyle, ile nie wystarczy.
Druga strona bramki
Tu zaczyna się część, która ludzi wkurza dużo bardziej niż sam przepis, bo o ile pozbawienie kogoś wody dla bezpieczeństwa da się zrozumieć, o tyle sprzedanie mu jej po chwili już mniej.
W 2017 roku cenami wody na polskich lotniskach zajął się Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Zbadał, ile kosztuje półlitrowa butelka w strefie za kontrolą, i wyszły z tego liczby, które wtedy szokowały: 6,5 zł w Poznaniu, 5,9 zł w Katowicach, około 2 zł w Rzeszowie. Na Lotnisku Chopina cena potrafiła wahać się od 4,5 do 9 zł, zależnie od tego, do którego sklepu się trafiło. Porty lotnicze bronią się w takich sytuacjach argumentem, który formalnie jest prawdziwy: cen nie ustala lotnisko, tylko najemca, a jeśli ktoś płaci, to znaczy, że cena jest rynkowa. Tyle że rynek, na którym klient nie może wyjść i kupić taniej gdzie indziej, jest specyficznym rodzajem rynku.
UOKiK nie mógł nakazać obniżek, ale zalecił coś innego - poidełka. Lotnisko Chopina jako pierwsze w Polsce postawiło trzy stanowiska z darmową kranówką w strefie tranzytowej, dwa w Schengen i jedno w non-Schengen, we współpracy z warszawskim MPWiK. Potem doszły Kraków, Poznań, Gdańsk, Rzeszów, w 2024 roku Wrocław. Dziś to standard, o którym zadziwiająco mało osób wie.
Pusta butelka przechodzi
I tu jest rzecz, którą warto zapamiętać, nawet jeśli reszta artykułu wyleci ci z głowy. Przepisy zabraniają przenoszenia płynów, a nie pojemników na płyny. Pusta butelka albo bidon przechodzą przez kontrolę bez problemu, a za bramką napełniasz je za darmo. Jedyne, co cię kosztuje, to pamięć o wylaniu wody przed kolejką zamiast wyrzuceniu całej butelki.
Ten sam bidon przyda się zresztą później. Człowiek, który zwiedza obce miasto w upale, wypija go zwykle dwa albo trzy razy - a jeśli już się chodzi po mieście z butelką w plecaku, to warto mieć w telefonie też coś do słuchania. Audioprzewodnik Travio opowiada o tym, na co właśnie patrzysz, i działa mniej więcej tak, jak gdyby ktoś znajomy szedł obok i tłumaczył, o co chodzi z tym kościołem. Wychodzi taniej niż przewodnik z grupą, a idzie się własnym tempem.
Co się właśnie zmienia
A teraz sedno, bo ta zasada, która wydawała się wieczna, faktycznie zaczyna się kruszyć - tylko wolniej i mniej efektownie, niż sugerują nagłówki.
Odpowiadają za to skanery CT, oznaczane w przepisach jako C3. Zamiast płaskiego zdjęcia tworzą trójwymiarowy obraz zawartości bagażu i analizują gęstość oraz strukturę tego, co w nim jest. Potrafią odróżnić wodę od substancji, która wodą nie jest. Skoro potrafią, znika powód, dla którego istnieje limit.
Droga do tego była dość żałosna. Skanery stały na niektórych lotniskach od lat, ale przepisy nie pozwalały z nich w pełni korzystać. We wrześniu 2024 roku Komisja Europejska w ogóle cofnęła wszystkie złagodzenia, żeby rozwiązać - jak to nazwano - tymczasowy problem techniczny. Rozwiązywanie zajęło wiele miesięcy. Dopiero 9 lipca 2025 roku Komisja oficjalnie zatwierdziła, że lotniska wyposażone w certyfikowane skanery C3 mogą znieść limit 100 ml i dopuścić opakowania nawet do 2 litrów.
W Polsce pierwsze były Balice. Kraków Airport zniósł limit 3 września 2025 roku, po zainstalowaniu dziesięciu skanerów CT za ponad 33 mln zł. Prezes portu Łukasz Strutyński mówił wtedy, że to ważny dzień dla całego lotnictwa w Polsce, i podawał, że kontrola jednej osoby skróciła się o około 30 procent. W praktyce oznaczało to, że nawet przy 48 tysiącach pasażerów dziennie czekało się poniżej dziesięciu minut. Trzy stanowiska ze starymi skanerami zostawiono awaryjnie i tam limit dalej obowiązuje. We wrześniu 2025 dołączył Poznań, potem Rzeszów, a Gdańsk uruchomił dwie pierwsze linie kontroli.
Warszawa poszła własnym tempem. Polskie Porty Lotnicze podpisały umowę na 15 skanerów, montaż ruszył na początku maja, a 8 lipca 2026 roku uruchomiono pierwsze dwa urządzenia. Pracownicy nazywają je Smoczycami. Rzecz w tym, że trafiły do strefy fast track, czyli tam, gdzie wchodzi się za dopłatą. Piotr Rudzki z lotniska potwierdził, że wyższy limit obowiązuje wyłącznie przy nowych urządzeniach - na pozostałych stanowiskach dalej jest 100 ml. Cała modernizacja ma potrwać do grudnia i dopiero wtedy limit zniknie na Chopinie w pełnym zakresie.
Wyszło z tego coś, co brzmi jak żart, ale żartem nie jest: na największym polskim lotnisku przywilej wniesienia własnej wody jest w tej chwili płatną usługą.
Zanim wrzucisz do walizki dwulitrówkę
Kilka rzeczy, o których łatwo zapomnieć w euforii.
- Limit znosi lotnisko, nie kraj. Nawet w obrębie jednego portu może obowiązywać różnie, zależnie od stanowiska, na które cię skierują.
- Liczy się też lotnisko przesiadkowe. Płyn, który spokojnie przeszedł w Krakowie, potrafi wylądować w koszu przy transferze gdzieś, gdzie stoją stare skanery.
- Reszta zakazów zostaje bez zmian - materiały łatwopalne, ostre narzędzia i określone substancje chemiczne dalej nie przejdą, niezależnie od tego, jak nowoczesny jest skaner.
- Nie każdy port ma na to pieniądze. Skanery CT są wielokrotnie droższe od zwykłych rentgenów i mniejsze lotniska będą je wymieniać latami.
Najkrócej: przez dwadzieścia lat wylewaliśmy wodę, bo maszyna nie umiała jej rozpoznać. Teraz umie, a woreczek strunowy powoli staje się eksponatem. Tylko że przy takim tempie zdąży jeszcze zabrać butelkę niejednemu z nas.
Zwiedzaj te miejsca z audioprzewodnikiem
Travio działa na całym świecie — ponad milion nagrań audio, zawsze pod ręką, bez przewodnika.