Znasz to na pamięć. Oparcie w pionie, stolik złożony, a z głośników leci prośba o przełączenie telefonów w tryb samolotowy. Robimy to odruchowo, gdzieś z tyłu głowy nosząc niejasne przeczucie, że jeden SMS w złym momencie namiesza w elektronice maszyny i skończy się dramatem gdzieś nad chmurami. Brzmi groźnie. Kłopot w tym, że to nieprawda - przynajmniej nie w tej wersji, którą wszyscy sobie powtarzamy.

Czy telefon naprawdę może strącić samolot?

Zacznijmy od rzeczy, która powinna od razu uspokoić nerwowych: nie istnieje ani jedna udokumentowana katastrofa lotnicza, którą dałoby się przypisać włączonemu telefonowi pasażera. Gdy jeszcze w latach 90. amerykańska administracja lotnicza razem z Boeingiem sprawdzała, czy urządzenia elektroniczne potrafią zakłócić pracę samolotu, nie znaleziono twardego dowodu na realne zagrożenie. Gdyby smartfon w kieszeni naprawdę mógł strącić odrzutowiec, nikt nie wpuszczałby ich na pokład. A przecież wsiadasz z naładowanym telefonem za każdym razem i nikt ci go przy trapie nie odbiera.

Skąd właściwie wzięła się ta zasada?

Odpowiedź jest zaskakująco przyziemna i ma więcej wspólnego z siecią komórkową na ziemi niż z awioniką. Amerykański regulator zakazał używania komórek w powietrzu już w 1991 roku, a jednym z powodów wcale nie było bezpieczeństwo lotu. Twój telefon na wysokości przelotowej widzi naraz nie jeden maszt, tylko dziesiątki - i próbuje logować się do wszystkich jednocześnie. Z perspektywy operatora to bałagan: jedno urządzenie zajmuje zasoby wielu wież naraz. Innymi słowy, część tej zasady powstała, żeby chronić sieć na dole, a nie samolot na górze.

Jest jednak drugi, znacznie bardziej ludzki powód, o którym rzadko się mówi. Telefon szukający zasięgu potrafi emitować sygnał w paśmie zbliżonym do tego, którego piloci używają do rozmów z kontrolą lotów. Efekt? Charakterystyczne buczenie i trzaski w słuchawkach załogi - to samo, które pewnie słyszałeś w głośnikach, gdy telefon leżał obok radia i za chwilę miał przyjść SMS. Nad chmurami nikomu to nie zagraża, ale wyobraź sobie ten dźwięk w uchu pilota dokładnie w chwili, gdy sprowadza maszynę do lądowania i musi rozumieć każde słowo z wieży. Stąd upór przy trybie samolotowym akurat przy starcie i lądowaniu - to najbardziej newralgiczne minuty całego lotu.

Do tego dochodzi zwykła ostrożność. Pojedynczy telefon to żadne zagrożenie, ale w kabinie potrafi ich być i dwie setki naraz. Duża część floty na świecie to konstrukcje projektowane dekady temu, certyfikowane w czasach, gdy nikomu się nie śniło, że każdy pasażer będzie miał w kieszeni nadajnik. Nowsze maszyny są solidnie ekranowane i takie sygnały ich nie ruszają.

Dlaczego zakaz powoli znika

I właśnie dlatego przepisy z biegiem lat mocno złagodniały. Od 2013 roku europejski nadzór lotniczy pozwala trzymać włączone urządzenia przez cały lot, o ile są w trybie samolotowym. A w Unii poszło to jeszcze dalej: od połowy 2023 roku linie mogą montować na pokładach specjalne mikronadajniki, dzięki którym na wybranych maszynach zadzwonisz i wejdziesz do sieci jak na ziemi. Zakaz, który braliśmy za świętość, powoli odchodzi do lamusa tam, gdzie technika na to pozwala.

Ktoś zapyta: skoro tak, to jak pogodzić to z pokładowym Wi-Fi, które linie oferują coraz częściej? Sprzeczności tu nie ma. Pokładowa sieć to certyfikowany, zamknięty system pracujący na kontrolowanych częstotliwościach - twój telefon rozmawia wtedy z anteną w kadłubie, a nie drze się do masztów kilka kilometrów niżej. To dwie zupełnie różne bajki.

Warto przy tym uczciwie dodać, że słowo "zakłócenia" nie jest wyssane z palca. Głośna swego czasu awantura o sieć 5G w Stanach dotyczyła tego, że część jej pasma leży niepokojąco blisko częstotliwości radiowysokościomierzy - urządzeń, które pomagają samolotowi znać wysokość przy lądowaniu. Tyle że problem dotyczył masztów 5G wokół lotnisk, a nie telefonu w twojej dłoni. W Europie, gdzie 5G działa na innym paśmie, sprawa w ogóle nie wybuchła. To dobra ilustracja tego, że realne ryzyko interferencji istnieje - tylko zupełnie gdzie indziej, niż każą nam wierzyć pokładowe komunikaty.

Jest jeszcze jeden, całkiem prozaiczny zysk z trybu samolotowego, o którym często się zapomina: bateria. Telefon, który przestaje rozpaczliwie szukać zasięgu na wysokości dziesięciu kilometrów, zużywa się dużo wolniej. I właśnie dlatego te kilka godzin w powietrzu można wykorzystać sprytniej niż na gapienie się w brak zasięgu. Zanim wyłączysz sieć, pobierz sobie coś offline - na przykład audioprzewodnik z Travio.pl o mieście, do którego lecisz. W trybie samolotowym słucha się go bez problemu, a zamiast nudy dostajesz gotowy plan i garść historii, dzięki którym wyjdziesz z lotniska już z pomysłem na pierwszy spacer.

Bo prawda jest taka, że tryb samolotowy to dziś bardziej kwestia dobrych manier, spokoju załogi i przepisów niż realnego ratowania lotu przed katastrofą. Badania pokazują, że spora część pasażerów - koło czterdziestu procent - i tak nie zawsze go włącza, a niektórzy po cichu wysyłają SMS-y w powietrzu. Samoloty jakoś nie spadają. Włącz go więc dalej, ale już bez tego dreszczyku, że trzymasz w ręku coś, co zaraz zestrzeli maszynę. Trzymasz po prostu telefon. A skoro udało ci się upolować okazyjny bilet - choćby przez TaniLocik.pl - to szkoda tych kilku godzin na nerwowe zerkanie, czy na pewno wszystko wyłączone. Odchyl się i lecz spokojnie.

🎧

Zwiedzaj te miejsca z audioprzewodnikiem

Travio działa na całym świecie — ponad milion nagrań audio, zawsze pod ręką, bez przewodnika.

Wypróbuj →