W ostatnią niedzielę lipca centrum Palmy zamieniło się w rzekę ludzi. Policja naliczyła 25 tysięcy uczestników, organizatorzy z platformy Menys Turisme, Mes Vida mówili nawet o 70 tysiącach. Tak czy inaczej był to największy marsz przeciw masowej turystyce, jaki wyspa widziała od lat, wyraźnie liczniejszy niż podobne protesty z 2024 i 2025 roku. Transparenty, gwizdki, hasła po katalońsku i jeden komunikat, który łatwo streścić błędnie: dłużej tak się nie da.
Bo na pierwszy rzut oka wygląda to na bunt przeciwko przyjezdnym. Kiedy jednak wczytać się w postulaty, obraz się komplikuje. Ludzie, którzy przeszli od placu Espanya przez Via Roma i La Rambla aż pod Ses Voltes, nie żądali zamknięcia lotniska ani odesłania turystów do domu. Mówili o czymś znacznie bardziej przyziemnym: o mieszkaniach, na które przestaje ich być stać, o pracy sezonowej, z której nie sposób godnie żyć, i o mieście, które powoli przestaje należeć do tych, którzy się w nim urodzili.
Sedno sporu to mieszkania. Kiedy właściciel może zarobić na tygodniu wynajmu krótkoterminowego tyle, co na miesiącu zwykłego czynszu, lokale znikają z rynku dla stałych mieszkańców. Do tego dochodzą pensje, które w regionie żyjącym z turystyki bywają zaskakująco niskie jak na koszt życia. Stąd na transparentach więcej było o godności i dachu nad głową niż o samych wczasowiczach.
Przez większą część trasy marsz był spokojny, pilnowany przez policyjną eskortę. Zrobiło się gorąco dopiero pod Ses Voltes, gdzie ustawione ze względów bezpieczeństwa kordony sprawiły, że nie wszyscy zdołali wejść na plac. Poleciały przedmioty, funkcjonariusze sięgnęli po pałki, padły strzały gumowymi kulami. Ratownicy udzielili pomocy ośmiu osobom, dwie trafiły do szpitala z lekkimi obrażeniami. Wcześniej pod Palmą zatrzymano dwie aktywistki, które pomalowały sprayem biura agencji nieruchomości. Cel graffiti nie był przypadkowy.
Że to nie jest ruch jednorodny, pokazał najlepiej Sóller. Kiedy dwa tygodnie później, 8 sierpnia, protest zapowiedziano także w tym górskim miasteczku, podzielił on lokalną społeczność. Część mieszkańców i przedsiębiorców popierała marsz, część bała się, że antyturystyczny przekaz uderzy w miejscową gospodarkę. Spór rozgorzał nawet o samą trasę: organizatorzy chcieli przejść ulicą Sa Lluna, najruchliwszą handlową arterią, w dodatku w dzień sobotniego targu. Kupcy i ratusz prosili o zmianę drogi, obawiając się chaosu. Organizatorzy odmówili, tłumacząc, że właśnie ta ulica symbolizuje handlowe i społeczne życie Sóller i dlatego protest musi przez nią przejść. Trudno o lepszy obraz rozdarcia: ci sami ludzie, którzy widzą problem, często z tego problemu żyją.
Majorka nie jest wyjątkiem. Podobne sceny rozgrywały się latem w ponad czterdziestu hiszpańskich miastach, a napięcie przelało się na Włochy, Francję, Portugalię i Grecję. Samorządy odpowiadają narzędziami, które jeszcze niedawno wydawały się nie do pomyślenia. Wenecja pobiera opłatę za wejście do miasta od jednodniowych turystów. Barcelona podwoiła podatek turystyczny i zapowiedziała wygaszanie najmu krótkoterminowego do 2028 roku, a w całej Hiszpanii z rynku skreślono około 65 tysięcy nielegalnych ofert Airbnb. Nicea i Cannes ograniczyły liczbę pasażerów schodzących z wielkich wycieczkowców. Wiosną tego roku również Parlament Europejski uznał nadmierną turystykę za jedno z pilniejszych wyzwań kontynentu.
Warto rozumieć, o co w tym wszystkim chodzi, zanim odruchowo wpiszemy Baleary na czarną listę wakacyjnych kierunków. To nie jest bunt przeciw turystom jako ludziom, tylko przeciw modelowi, w którym całe dzielnice zmieniają się w apartamenty na doby, a mieszkaniec staje się gościem we własnym mieście. W tej opowieści przyjezdny bywa opisywany jako chodzący bankomat, od którego oczekuje się pieniędzy, a niekoniecznie uwagi.
Co ciekawe, wnioski dla podróżnika są całkiem praktyczne. Mile widzianym gościem łatwiej być poza szczytem sezonu, wybierając nocleg z legalną licencją i zaglądając też tam, gdzie tłumy nie docierają, zamiast tłoczyć się w tych samych trzech miejscach co wszyscy. A kiedy już wędrujemy wąskimi uliczkami Sóller z jego zabytkowym tramwajem albo starą Palmą, warto zwolnić i naprawdę zrozumieć miejsce, w którym się jest, zamiast odhaczać kolejne punkty z listy. Świetnie sprawdza się do tego audioprzewodnik, który opowie historię zaułka mijanego zwykle bez zastanowienia i sprawia, że stajemy się kimś więcej niż kolejną osobą z telefonem uniesionym do zdjęcia.
Baleary nie zamkną się na świat, bo żyją z niego zbyt mocno. Pytanie, które ich mieszkańcy zadają na ulicach, jest inne: czy można przyjmować miliony gości rocznie i nie stracić przy tym własnego domu. Pewnej odpowiedzi na razie nie ma, a lato dopiero dobiega końca.
Wspierasz mnie, korzystając z Travio
Travio to mój audioprzewodnik z milionem nagrań o miejscach na świecie. Korzystając z niego, wspierasz moją pracę.