Poranny rejs z Phuket do Delhi zapowiadał się jak każdy inny. Wakacyjny kierunek zostawał za plecami, do domu kilka godzin lotu, część pasażerów jeszcze dosypiała po wczesnej pobudce. Maszyna schodziła już powoli w stronę indyjskiej stolicy, gdy bez żadnego ostrzeżenia poleciała w dół.
Airbus A320neo obsługujący lot Air India AI2379 stracił w kilka sekund około stu metrów wysokości - jakieś 300 stóp. Kto siedział przypięty pasem, poczuł głównie szarpnięcie i skok żołądka. Kto pasów nie zapiął, ten w ułamku sekundy oderwał się od fotela. Relacje pasażerów są zgodne co do jednego: przez dwie, trzy minuty na pokładzie panował kompletny chaos.
Bagaże, wózki z posiłkami i ludzie fruwali po kabinie. Świadkowie mówili później o pasażerach, którzy uderzyli w sufit, i o niemowlęciu wyrzuconym przy opadaniu o kilka rzędów dalej. "Osoby siedzące za mną zostały ranne, jeden mężczyzna miał krew na twarzy. Myśleliśmy, że zginiemy" - relacjonowała jedna z podróżnych. "Trzęsłam się i płakałam. To było koszmarne."
Najbardziej ucierpiała załoga
Na pokładzie było 137 pasażerów, w tym troje niemowląt, oraz ośmioro członków załogi - razem 145 osób. Pierwsze doniesienia mówiły o dwunastu rannych, ale kolejne godziny podnosiły ten bilans. Wieczorem oficjalny komunikat Air India mówił już o siedemnastu poszkodowanych: trzynastu pasażerach i czterech członkach personelu, którzy trafili do szpitala.
Ten podział jest wymowny. Do szpitala trafiła połowa pracującej tego dnia załogi - proporcja nieporównywalnie wyższa niż wśród pasażerów. Powód jest prosty: obsługa w chwili zdarzenia była na nogach, przy wózkach, w przejściu. Nie miała się jak przypiąć. Indyjski Urząd Lotnictwa Cywilnego potwierdził, że jedna ze stewardes została poważnie ranna, druga lżej.
Samolot mimo wszystko dokończył rejs i wylądował bezpiecznie na lotnisku Indira Gandhi w Delhi tuż po jedenastej czasu lokalnego. Na płycie czekały już służby medyczne. Część rannych opatrzono na miejscu, resztę odwieziono do szpitali. Do wieczora pięcioro poszkodowanych zdążono wypisać. Skalę zamieszania pokazuje jeden szczegół: rannych odwiedził osobiście indyjski minister lotnictwa.
Wersja przewoźnika zaczęła się zmieniać
Przez pierwsze dni wszystko wskazywało na klasyczne, choć wyjątkowo silne turbulencje - nagłą kieszeń powietrzną, jakich w lotnictwie zdarzają się tysiące. Tyle że sześć dni po zdarzeniu Air India wycofało się z tego tłumaczenia. Zamiast turbulencji przewoźnik zaczął mówić o "nagłej utracie wysokości" na pułapie przelotowym. Tego samego dnia indyjski regulator przypisał całą sytuację przejściowej usterce technicznej.
Różnica nie jest kosmetyczna. Turbulencje to pogoda - coś, na co linia nie ma wpływu. Usterka techniczna to już problem samej maszyny. Te dwa tropy prowadzą śledczych w zupełnie różne strony, a w tle pojawiły się doniesienia o awarii układu hydraulicznego. Do sprawy włączyli się producent, czyli Airbus, francuska agencja BEA i indyjskie biuro badania wypadków lotniczych. Zabezpieczono obie czarne skrzynki, a zdarzenie zakwalifikowano jako poważne. Sam samolot od dnia lądowania stoi w Delhi wyłączony z użytku.
Na twarde ustalenia trzeba będzie poczekać - takie postępowania ciągną się miesiącami. Na razie pewne jest tylko to, że rejs, który miał być spokojnym powrotem znad morza, zamienił się w sprawę badaną przez trzy instytucje na dwóch kontynentach.
Jedna zapinka, która robi różnicę
Niezależnie od tego, co ostatecznie wykaże śledztwo, cała historia jest brutalnym przypomnieniem najprostszej zasady na pokładzie. Gdy tylko siedzimy, warto trzymać pas zapięty - także wtedy, gdy kontrolka nad głową dawno zgasła. Przy nagłym opadaniu to właśnie ta jedna zapinka decyduje, czy zdarzenie skończy się na strachu, czy na noszach. Dane Międzynarodowej Organizacji Lotnictwa Cywilnego są tu bezlitosne: aż 40 procent poważnych obrażeń pasażerów w 2023 roku wzięło się z gwałtownych wstrząsów w powietrzu.
Reszta lotu to zwykle najspokojniejsza część podróży, a prawdziwe emocje zaczynają się dopiero po wylądowaniu - przy zwiedzaniu takich miejsc jak Delhi czy sama wyspa Phuket. Dobrze mieć wtedy w kieszeni audioprzewodnik Travio.pl, który opowie o mijanych świątyniach i zaułkach we własnym tempie, bez tłoczenia się za chorągiewką przewodnika. A skoro już przy lotach jesteśmy - ceny biletów na tej samej trasie potrafią różnić się o setki złotych w zależności od dnia, więc rzut oka na TaniLocik.pl bywa najspokojniejszym momentem całej wyprawy.
Wspierasz mnie, korzystając z Travio
Travio to mój audioprzewodnik z milionem nagrań o miejscach na świecie. Korzystając z niego, wspierasz moją pracę.