Cztery sierpnia, rejs AI2379 z Phuketu do Delhi. Airbus A320 (rejestracja VT-EXO) był już na wysokości przelotowej, gdy maszyna wpadła w silne turbulencje i w ułamku sekundy obniżyła się o jakieś 90 metrów - te słynne 300 stóp, które w komunikatach brzmią niewinnie, a na pokładzie oznaczają, że wszystko, co nie jest przypięte, unosi się w powietrzu. Ludzie, wózki, torby. Na pokładzie było 145 osób: 137 pasażerów, w tym troje niemowląt, i ośmioro członków załogi. Samolot ustabilizował się i bezpiecznie dotoczył do Delhi, ale rannych - według różnych relacji od kilkunastu do ponad dwudziestu osób, w tym stewardesy - nie dało się już cofnąć.
I tu historia, która mogła się skończyć na krótkiej notce "turbulencje, kilku rannych, śledztwo w toku", zaczęła się robić dużo bardziej niewygodna dla linii.
Bo kiedy śledczy zaczęli odtwarzać sekwencję zdarzeń, wyszła rzecz, której w takim momencie nie chce się usłyszeć. W chwili gwałtownego opadania kapitan - pilot dowódca - miał nie siedzieć przypięty za sterami, tylko stać, pochylony za fotelem drugiego pilota. Do tego drugi pilot w swoim raporcie powylotowym wskazał na kilka rzadkich usterek technicznych, którym teraz osobno przyglądają się badający sprawę.
Rutynowe badanie załogi po locie dołożyło do tego kolejny element. Przesiewowy test kapitana dał wynik, który indyjskie ministerstwo lotnictwa opisało 9 sierpnia dyplomatycznie jako "wymagający testu potwierdzającego" - czyli nie-negatywny. Próbki poszły do wyznaczonego laboratorium. We wtorek 11 sierpnia media (najpierw Times of India i NDTV Profit) podały, że test potwierdzający wypadł pozytywnie: marihuana, substancja, która potrafi zaburzyć ocenę sytuacji i podejmowanie decyzji.
Reakcja była szybka. Obu pilotów zdjęto z grafiku, a szefa Air India, Campbella Wilsona, wezwano na dywanik - spotkał się z sekretarzem do spraw lotnictwa cywilnego Samirem Kumarem Sinhą i innymi urzędnikami. Sprawę bada indyjskie Biuro Badania Wypadków Lotniczych (AAIB), które składa incydent z wielu warstw naraz: technicznej, operacyjnej, medycznej i tej najtrudniejszej, czyli czynnika ludzkiego. Zgodnie z przepisami tamtejszego urzędu (DGCA) pierwszy potwierdzony pozytywny wynik nie oznacza automatycznej utraty licencji - kończy się uziemieniem, terapią i oceną medyczną. Dopiero drugi to trzyletnia zawieszka, a trzeci - odebranie uprawnień.
Warto jednak posłuchać drugiej strony, bo pilotom nikt jeszcze niczego nie udowodnił. Kapitan Sam Thomas, szef stowarzyszenia pilotów linii lotniczych ALPAI, od dawna przypomina, że popularne leki i suplementy diety potrafią zafałszować wynik testu powylotowego. Kapitan C.S. Randhawa z Federacji Indyjskich Pilotów poszedł dalej - stwierdził, że linia oficjalnie nie ogłosiła rezultatów badania i że on sam nie zamierza komentować doniesień, dopóki nie będzie twardego potwierdzenia. Innymi słowy: mamy przeciek, mamy śledztwo, ale nie mamy jeszcze zamkniętej sprawy.
Rejs zaczynał się w Phuketcie, a kończył w Delhi - obu miejscach, do których lecą tłumy z zupełnie różnych powodów: jednym chodzi o plażę, drugim o Czerwony Fort, Kutb Minar i pół tysiąca lat historii wciśniętych w jedno miasto. I skoro już o tym mowa - takie miejsca najłatwiej ogarnąć, kiedy chodzi się po nich z audioprzewodnikiem Travio w uchu, zamiast co chwila przystawać nad mapą i zgadywać, na co właściwie się patrzy. Ale to dygresja; wróćmy do kokpitu.
Bo z tej historii zostaje pytanie, które wykracza poza jeden lot i jedną linię. Turbulencje w czystym powietrzu są nieprzewidywalne i zdarzają się nawet najlepszym - z tym akurat nikt nie dyskutuje. Problem w tym, że w takich sekundach liczy się, kto i w jakim stanie siedzi za sterami. A na to pytanie w przypadku AI2379 śledczy wciąż szukają odpowiedzi.
Wspierasz mnie, korzystając z Travio
Travio to mój audioprzewodnik z milionem nagrań o miejscach na świecie. Korzystając z niego, wspierasz moją pracę.