Od kwietnia paliwo lotnicze staniało o mniej więcej 40 procent, a cena biletu, który właśnie oglądasz na ekranie, nie spadła nawet o złotówkę. Brzmi jak przekręt? Niekoniecznie - to raczej lekcja z tego, jak naprawdę działają linie lotnicze.
Cofnijmy się o kilka miesięcy. Wiosną, kiedy na Bliskim Wschodzie zrobiło się gorąco, notowania nafty lotniczej poszły w górę tak szybko, że trudno było za tym nadążyć. W szczytowym momencie, na początku kwietnia, galon kosztował blisko 4,9 dolara - mniej więcej dwa razy tyle, co jeszcze na starcie roku. Dla przewoźników był to cios prosto w portfel. Sam szef Delty przyznał, że w jednym kwartale duzi gracze musieli dopłacić do paliwa niemal dwa miliardy dolarów.
Linie zareagowały tak, jak zwykle reagują, gdy rosną koszty: podniosły ceny biletów, dorzuciły opłaty i pocięły siatki połączeń. I tu zaczyna się sedno tej historii. Bo paliwo w międzyczasie zaczęło tanieć - pod koniec czerwca galon kosztował już około 2,7-2,8 dolara - a bilety zostały tam, gdzie były. Analitycy Deutsche Banku policzyli, że praktycznie wszystkie taryfy są dziś o 15-20 procent wyższe niż rok temu, a same podwyżki przewoźnicy wprowadzali od wiosny aż osiem razy.
Skoro paliwo tańsze, to czemu nie bilety?
Odpowiedź jest brutalnie prosta i pada z ust samych szefów linii: bo ludzie i tak kupują. Michael Boyd, od lat komentujący branżę lotniczą, ujął to bez ogródek - jeśli pasażer bez mrugnięcia okiem dopłaca za bagaż, po co miałbyś mu tę opłatę zdejmować?
Dokłada się do tego lato, czyli najbardziej oblegany sezon w roku. Popyt jest ogromny, a miejsc w samolotach paradoksalnie mniej, bo linie skasowały te mniej dochodowe, tańsze rejsy. Swoje dorzucił upadek amerykańskiego Spirita - taniego przewoźnika, który w maju wykonał ostatni lot i zniknął z rynku. A im mniej taniej konkurencji, tym spokojniej duzi gracze mogą trzymać ceny wysoko.
Paliwo to zresztą nie jedyny koszt, który rośnie. W górę idą pensje i opłaty lotniskowe, a opóźnienia w dostawach nowych maszyn od Boeinga i Airbusa zmuszają linie do latania starszymi, bardziej paliwożernymi samolotami. Szef Międzynarodowego Zrzeszenia Przewoźników Powietrznych (IATA) Willie Walsh mówił wprost, że rachunek całej branży za paliwo urośnie w tym roku o sto miliardów dolarów, a marże są "cienkie jak wafel" - ledwie około dwóch procent.
Kiedy w końcu stanieje?
Czy to znaczy, że taniej nie będzie już nigdy? Nie do końca. Jesienią bilety zwykle nieco spuszczają z tonu, ale po prostu dlatego, że kończy się szał wakacyjnych wyjazdów, a nie dlatego, że linie nagle zrobiły się wspaniałomyślne. Eksperci studzą przy tym zapał: wprowadzonych podwyżek raczej się nie cofnie, a opłaty bagażowe raz dołożone potrafią zostać z nami na lata.
Co z tego wynika dla nas, którzy chcą po prostu gdzieś polecieć? Tyle, że na cenę biletu wpływa dziś znacznie więcej niż notowania ropy, więc porównywanie ofert i elastyczność w datach znaczą teraz więcej niż kiedykolwiek - na TaniLocik.pl łatwo wyłapać, gdzie naprawdę kryją się okazje, zanim taryfy znów podskoczą.
A gdy już uda się dolecieć na miejsce i ruszamy zwiedzać, mała rada zupełnie niezwiązana z cenami paliwa, za to sporo mówiąca o przyjemności z podróży: zamiast wpatrywać się w telefon w poszukiwaniu tego, na co właśnie patrzymy, lepiej włączyć audioprzewodnik Travio.pl i chłonąć miasto, słuchając historii mijanych miejsc w drodze. Skoro za sam przelot płacimy dziś więcej, tym bardziej warto wycisnąć z wyjazdu wszystko, co się da.
Zwiedzaj te miejsca z audioprzewodnikiem
Travio działa na całym świecie — ponad milion nagrań audio, zawsze pod ręką, bez przewodnika.