Deszcz na urlopie bywał dotąd po prostu pechem, z którym niewiele dało się zrobić poza zmianą planów i kupieniem parasolki w najbliższym sklepie. Od 8 października Airbnb próbuje to zmienić i oferuje gościom ubezpieczenie, które samo wypłaca pieniądze, kiedy w miejscu noclegu porządnie pada. Polska znalazła się w pierwszej grupie krajów, w których usługa ruszyła, i to od razu jako pierwsze ubezpieczenie, jakie platforma w ogóle u nas proponuje.

Kto może to kupić

Ochrona pogodowa jest dostępna dla osób mieszkających w dziesięciu krajach: Polsce, Niemczech, Austrii, Francji, Hiszpanii, Włoszech, Irlandii, Holandii, Danii i Szwecji. Liczy się miejsce zamieszkania, a nie cel podróży, więc polisę można dodać zarówno do wyjazdu w Bieszczady, jak i do apartamentu w Maladze czy na Krecie. Działa to też w drugą stronę: Brytyjczyk lecący do Hiszpanii z niej nie skorzysta, bo jego kraju na liście nie ma.

Jak to działa w praktyce

To tak zwane ubezpieczenie parametryczne. Nie trzeba zgłaszać szkody, robić zdjęć zalanego tarasu ani tłumaczyć, że deszcz zepsuł plan dnia. Ubezpieczycielem jest Chubb, który sprawdza opady w lokalizacji noclegu na podstawie niezależnych danych radarowych, satelitarnych i prognostycznych. Kiedy próg zostanie przekroczony, gość dostaje powiadomienie od Airbnb albo maila z linkiem do portalu, przez który odbiera pieniądze.

Warunek jest konkretny: między 8:00 a 20:00 czasu lokalnego musi padać co najmniej 1,5 mm na godzinę, i to przez tyle godzin, ile wpisano w certyfikacie ubezpieczenia. Ta liczba godzin zależy od rezerwacji, podobnie jak kwota wypłaty, która może wynosić od 50 do 1000 euro za każdy taki dzień.

Ile to kosztuje

Według Airbnb składka wynosi średnio około 4,9 proc. ceny pobytu i nie może przekroczyć 10 proc. Przy apartamencie za 800 euro oznacza to zwykle kilkadziesiąt euro, w najgorszym razie 80. Jeżeli w certyfikacie widnieje wypłata 50 euro za deszczowy dzień, już jeden porządnie mokry dzień w dużej mierze zwraca koszt polisy. Przy słonecznym tygodniu pieniądze przepadają, tak jak przy każdym ubezpieczeniu, którego nie trzeba było użyć.

Haczyki, o których mało kto wspomina

  • Liczy się deszcz dokładnie w miejscu noclegu. Ulewa w sąsiedniej dzielnicy, kiedy nad apartamentem świeci słońce, nie uruchomi wypłaty.
  • Nocne burze się nie liczą, bo monitoring obejmuje tylko godziny od 8 do 20.
  • Kwota 1000 euro to górna granica, a nie standard. Wysokość wypłaty i liczba wymaganych godzin opadów są zapisane w certyfikacie, więc warto go przeczytać przed kliknięciem.
  • Ochronę dodaje się przy rezerwacji, więc nie da się jej dokupić w dniu, w którym prognoza nagle robi się czerwona.

Nie pierwszy taki pomysł

Polskim turystom sama idea nie powinna być obca. Kilka lat temu Itaka, we współpracy z firmą Climatica, wprowadziła polisę od niepogody na wybrane ciepłe kierunki, wypłacającą 250 zł za każdy deszczowy dzień, przy czym trzeba ją było wykupić najpóźniej 14 dni przed wyjazdem. Airbnb przenosi ten model na wynajem prywatnych mieszkań i podnosi stawki, ale zasada pozostaje ta sama: płaci się nie za stratę, tylko za liczbę milimetrów w danych meteo.

Czy warto?

Najwięcej sensu ma to poza szczytem sezonu, kiedy wyjazdy na południe Europy są tańsze, ale pogoda mniej przewidywalna. Jesień potrafi zaskoczyć nawet na Balearach, gdzie kilka dni temu duża część Majorki była objęta alertem przed ulewami. Przy wakacjach w sierpniu na Krecie składka będzie raczej prezentem dla ubezpieczyciela.

Deszczowy dzień nie musi zresztą oznaczać dnia straconego. To dobry moment na muzea, kościoły i spacer krętymi uliczkami starówki, kiedy tłumy chowają się po kawiarniach. Zwiedzając w ten sposób, najlepiej mieć w telefonie audioprzewodnik Travio.pl, który działa w przeglądarce, prowadzi po mieście z GPS i opowiada historię mijanych miejsc, a ręce zostają wolne na parasol.

🎧

Wspierasz mnie, korzystając z Travio

Travio to mój audioprzewodnik z milionem nagrań o miejscach na świecie. Korzystając z niego, wspierasz moją pracę.

Wypróbuj →