Poniedziałek 16 marca był jednym z tych dni, kiedy amerykańskie niebo praktycznie stanęło. Nad kilkoma dużymi węzłami przeszły burze, ruch lotniczy się zakorkował, a FAA nałożyła ograniczenia na porcie w Newark. W sumie tego dnia opóźniono lub odwołano ponad 12,5 tysiąca rejsów, a u samego United problemy dotknęły ponad jedną trzecią lotów. W takiej scenerii pewna pasażerka lotu numer 1395 z West Palm Beach na Florydzie do Newark dowiedziała się, że jej samolot spóźni się nie o kwadrans, nie o godzinę, ale o sześć godzin i czterdzieści osiem minut.
To wystarczyłoby, żeby zepsuć humor każdemu. Problem w tym, że kolejne decyzje tego wieczoru należały już wyłącznie do niej.
Kobieta dotarła na lotnisko dopiero około dwudziestej pierwszej, choć na jej karcie pokładowej boarding widniał na 15:52. Rejs wciąż się przesuwał, a agenci United rozłożyli ręce: najbliższe wolne miejsce na inny lot mieli dopiero za dwa dni, bo po całodniowym chaosie samoloty w całym kraju pękały w szwach. I w tym momencie, zamiast szukać planu B, pasażerka zaczęła podnosić głos.
Z nagrania widać, jak sytuacja rozkręca się krok po kroku. Najpierw krzyki i przekleństwa pod adresem pracowników linii, potem robienie zdjęć interweniującym policjantom. Funkcjonariusze zachowywali się zaskakująco cierpliwie. Tłumaczyli, że owszem, może ich nagrywać, ale każde kolejne wrzaśnięcie oddala ją od pokładu, bo przepisy zabraniają wpuszczania na samolot osoby, która sprawia wrażenie nietrzeźwej. Jeden z nich w końcu poprosił ją wprost, żeby wytrzeźwiała i się uspokoiła.
Zaproponowali nawet konkretną pomoc: zamówienie Ubera, taksówki albo telefon do jej syna, żeby ją odebrał. Odpowiedziała, że nie ma pieniędzy i zapytała, kto niby ma za to zapłacić. Zażądała przedstawiciela zarządu lotniska, który w jej wersji nazywał się "Department of Air Force". Zaczęła grozić pozwami i oznajmiła, że jej brat to wielki adwokat z New Jersey. Jeden z funkcjonariuszy odpowiedział wtedy sucho, że w takim razie może to prawnik po nią przyjedzie.
Ostrzeżenie o zakazie wstępu, którego nie posłuchała
Dalej było już tylko gorzej. Personel lotniska wręczył jej formalne ostrzeżenie o zakazie wstępu na teren portu przez rok. W amerykańskich realiach to poważna sprawa, bo szeryfowie mogą egzekwować taki zakaz na całym obszarze lotniska, a zignorowanie go samo w sobie jest już wykroczeniem. To powinno zakończyć całą awanturę. Zamiast tego kobieta dalej się kłóciła, a odprowadzana do wyjścia rzuciła w stronę czarnoskórego funkcjonariusza obraźliwe "wujek Tom". Kiedy jeden z policjantów stwierdził, że ma dość tej przepychanki, a ona po raz kolejny oświadczyła, że wcale nie łamie zakazu, została zatrzymana.
Podczas zakuwania stawiała opór i według policji próbowała kopnąć jednego z funkcjonariuszy. Skarżyła się później na ból nadgarstka, więc wezwano straż pożarną, która ją zbadała i nie stwierdziła nic wymagającego leczenia. Usłyszała trzy zarzuty: nieuprawnionego przebywania na terenie, oporu bez użycia przemocy i oporu z użyciem przemocy. Ten ostatni, najcięższy, prokuratura później wycofała. Sprawę zamknęła ugoda przedprocesowa, w ramach której kobieta miała wpłacić 250 dolarów na fundusz pomocy ofiarom przestępstw w hrabstwie Palm Beach.
Cała ta historia miałaby posmak zwykłej lotniskowej awantury, gdyby nie telefon, który zadzwonił mniej więcej godzinę po zatrzymaniu. Dzwoniła córka, żeby zapytać, czy mama zdążyła na samolot. Odpowiedź była krótka: lot odwołano, jest drobny problem z nogą, a przy niej jest właśnie pielęgniarka. Formalnie wszystko się zgadzało, bo ktoś rzeczywiście się nią zajmował. Tyle że powodem był areszt, a o kajdankach, ostrzeżeniu i szeryfach w tej rozmowie nie padło ani słowo.
Sama zainteresowana chyba najlepiej podsumowała ten wieczór, przyznając funkcjonariuszom, że bycie "pyskatą" to po prostu część jej charakteru.
Warto na chłodno oddzielić dwie rzeczy. Frustracja po prawie siedmiu godzinach opóźnienia i wizji dwóch dni koczowania jest zrozumiała, a pasażerowie mają swoje prawa i nikt nie każe im udawać zadowolenia. Ale wyładowywanie złości na obsłudze i policji nie skraca opóźnienia ani o minutę, a potrafi zamienić kiepski dzień w wpis do rejestru karnego. Znacznie taniej wychodzi znalezienie innej drogi do domu i spokojne dopominanie się o zwrot kosztów od linii już po fakcie.
Zresztą te wszystkie nerwy zwykle dotyczą jednego: żeby wreszcie dolecieć na miejsce. A kiedy już się to udaje i człowiek rusza zwiedzać nowe miasto, cała lotniskowa gehenna szybko blednie. Wtedy zamiast błądzić z nosem w mapie, wygodniej mieć w uchu audioprzewodnik, który sam opowie o mijanych miejscach, jak te dostępne w Travio.pl. To akurat ta część podróży, dla której warto przełknąć nawet siedmiogodzinne opóźnienie.
Wspierasz mnie, korzystając z Travio
Travio to mój audioprzewodnik z milionem nagrań o miejscach na świecie. Korzystając z niego, wspierasz moją pracę.