Jedenaście dni po tym, jak w kabinie Boeinga 737 lecącego z Salonik do Memmingen rozpadło się okno przy fotelu 11F, Ljubisa Karovic siedzi na werandzie wynajętej willi w Katerini, ma na szyi kołnierz ortopedyczny i mówi, że najlepiej pamięta huk. "Wybuch to jest to, co pamiętam. Hałas przed chaosem, ten sam, który wraca zawsze, gdy zamykam oczy" - powiedział w rozmowie z "Guardianem". To jego pierwsza wypowiedź od czasu wypadku.
61-letni Serb prowadzi zakład produkujący aluminium, ma dwoje dzieci i przez lata latał tyle, że instruktaż przed startem przestał go obchodzić. 10 lipca leciał do Niemiec na urodziny brata.
Sześć minut po starcie
Rejs FR1879 wystartował z Salonik około 6:12 czasu lokalnego. Maszyną był Boeing 737-800 o znakach 9H-QEU, samolot formalnie należący do Malta Air, spółki z grupy Ryanaira, odebrany fabrycznie w 2008 roku, a więc mający dziś osiemnaście lat. Sześć minut po starcie, gdy samolot przebijał się przez wysokość mniej więcej piętnastu tysięcy stóp, z prawego silnika oderwał się fragment konstrukcji i uderzył w kadłub. Trafił dokładnie w okno przy fotelu 11F.
Kabina straciła ciśnienie w ułamku sekundy. Wypadły maski tlenowe, po pokładzie zaczęły latać butelki i drobne przedmioty, a Karovic, wyrwany ze snu, został wciągnięty w otwór od klatki piersiowej w górę. Jego głowa i prawa ręka znalazły się poza samolotem lecącym z prędkością przekraczającą 600 km/h. Żona Svetlana siedziała trzy rzędy dalej, w 14C.
"Rzuciłam się do niego. Nikt z załogi nie pomógł. To byli pasażerowie" - opowiadała. "Jeden mężczyzna, chyba Albańczyk, był niesamowity. Zrobił wszystko, żeby go wciągnąć, a potem próbował zatkać okno - najpierw torbą, którą natychmiast wyssało, a potem walizką, i to zadziałało." Według relacji rodziny cała sytuacja trwała od półtorej do dwóch minut.
"Mówią mi, że zemdlałem"
Sam Karovic pamięta z tego niewiele. "Mówią mi, że zemdlałem dwa razy w środku samolotu, a moja twarz przez chwilę była spuchnięta i zniekształcona od ciśnienia, od uderzenia powietrza. Żona mi o tym przypomina" - relacjonuje. Z wypadku wyszedł z urazem szyi i barku oraz z poparzeniami i sińcami na prawym ramieniu, ciągnącymi się aż do pachy i klatki piersiowej. Lekarze zalecili mu kołnierz ortopedyczny przez co najmniej sześć tygodni; dopiero potem zdecydują, czy potrzebna będzie operacja.
Jego grecki prawnik Vasilis Tsiaras mówi o kliencie, że "żyje przez pomyłkę". Sam zainteresowany jest ostrożniejszy. "Mam szczęście. Niewiele pamiętam, głowa i szyja wciąż mnie bolą, ale żyję. To mogły być pasy, to, że byłem zapięty. A może to przeznaczenie. Wierzę w Boga i codziennie mu dziękuję."
Spór o to, co robiła załoga
Tu zaczyna się część, która najprawdopodobniej trafi do sądu. Tsiaras nie ma zastrzeżeń do pilotów - ci wykonali gwałtowne zejście na bezpieczną wysokość zgodnie z procedurą i, jak przyznaje prawnik, poradzili sobie bardzo dobrze. Zarzuty dotyczą personelu pokładowego. "Mój klient zemdlał dwa albo trzy razy, raz na zewnątrz samolotu, gdy był częściowo wyssany przez okno. W żadnym momencie załoga nie zaproponowała mu pomocy" - twierdzi. Powołując się na zeznania świadków dodaje, że stewardesy i stewardzi byli sparaliżowani strachem, przekonani, że samolot zaraz się rozbije, a wodę poszkodowanemu podali inni pasażerowie.
Ryanair stanowczo się z tym nie zgadza i ocenia pracę swojej załogi jako znakomitą. Przewoźnik tłumaczy, że przy dekompresji i szybkim zejściu wszyscy na pokładzie, łącznie z personelem, mają obowiązek pozostać zapięci i w maskach tlenowych. "Gdy tylko samolot zszedł na bezpieczną wysokość, nasza załoga zajęła się panem Karoviciem, przeniosła go na miejsce obok żony i poprosiła obecnego na pokładzie lekarza, by został z nimi do lądowania. Zorganizowała też pomoc medyczną gotową na miejscu w Salonikach" - przekazała linia "Guardianowi". Osobna kwestia to kontakt po zdarzeniu: syn Karovicia, który rezerwował bilety, dostał od przewoźnika wiadomość, ale ani on, ani jego żona - jak twierdzą - nie usłyszeli od linii ani słowa.
Śledztwo trafiło do Amerykanów
16 lipca amerykańska NTSB poinformowała, że przejmuje prowadzenie dochodzenia. Formalnie sprawa należała do greckiej agencji badania wypadków lotniczych i kolejowych, ale aneks 13 konwencji ICAO pozwala przekazać śledztwo innemu urzędowi - i Grecy z tej możliwości skorzystali, zostając stroną postępowania. Po drodze trzeba było jeszcze ustalić, gdzie właściwie doszło do zdarzenia: początkowo mówiono o przestrzeni powietrznej Macedonii Północnej, dopiero analiza trajektorii pokazała, że samolot był wtedy nad Grecją.
Zapis lotu jest zresztą czytelny nawet dla laika. Sześć minut po starcie maszyna przekroczyła piętnaście tysięcy stóp, po czym gwałtownie zeszła do około sześciu tysięcy i utrzymywała tę wysokość przez pół godziny, wypalając paliwo przed lądowaniem. Do Salonik wróciła mniej więcej godzinę po starcie.
Michael O'Leary, szef Ryanaira, odniósł się do przyczyn w poniedziałek, przy okazji konferencji wynikowej. "Wstępne wskazania sugerują, że ciało obce uszkodziło silnik podczas startu z Salonik, ale nie mamy jeszcze wystarczających danych, żeby stwierdzić to z całą pewnością" - powiedział. Wstępny raport ma się pojawić za około cztery tygodnie, szczegółowy znacznie później.
Dlaczego akurat NTSB
Wybór Amerykanów nie jest przypadkowy i to jest chyba najciekawszy wątek całej sprawy. Boeing 737-800 napędzają dwa silniki CFM International CFM56-7B, a NTSB ma za sobą nie tylko setki spraw dotyczących tej rodziny konstrukcji, ale też jeden wypadek uderzająco podobny.
17 kwietnia 2018 roku Boeing 737-700 linii Southwest leciał z Nowego Jorku do Dallas. W lewym silniku CFM56-7B pękła łopatka wentylatora - przyczyną było zmęczenie materiału. Odłamek uderzył w obudowę, ta się rozpadła, a jej fragmenty trafiły w kadłub w okolicy okna. Okno wypadło, kabina rozhermetyzowała się błyskawicznie, a siedząca przy nim 43-letnia Jennifer Riordan nie przeżyła. Była to pierwsza od 2009 roku ofiara wśród pasażerów amerykańskich linii lotniczych. W listopadzie 2019 roku NTSB zaleciła Boeingowi przeprojektowanie konstrukcji osłony wentylatora w samolotach 737 następnej generacji i wprowadzenie zmian również w maszynach już latających.
Nie oznacza to, że nad Salonikami wydarzyło się dokładnie to samo - wstępne ustalenia mówią przecież o ciele obcym, które dostało się do silnika, a nie o pęknięciu łopatki. Mechanizm jest jednak z tej samej rodziny: uszkodzenie silnika, odłamki lecące w kadłub, jedno okno na złej wysokości i błyskawiczna utrata ciśnienia. Sprawa trafiła więc tam, gdzie ten scenariusz już raz rozpisano do końca.
Maile o przebukowaniu
Karovic dochodzi do siebie w Katerini, kurorcie na południe od Salonik, u stóp Olimpu. To jedno z tych miejsc, przez które w lipcu przewijają się tysiące ludzi z pół Europy, a same Saloniki są stamtąd na wyciągnięcie ręki. Jeśli ktoś wpadnie tam na dzień, do Rotundy, Białej Wieży i na Górne Miasto, to zwiedzanie z audioprzewodnikiem w uchu - choćby z Travio.pl - robi sporą różnicę, bo bez opowieści te mury pozostają po prostu murami.
Serb ma jednak głowę zajętą czym innym. Twierdzi, że poza mailami z pytaniem, czy chce przebukować swój lot na inny termin, nie dostał od przewoźnika nic. "Tak, uważam, że powinienem otrzymać rekompensatę. A nie tylko wiadomości o przebukowaniu lotu" - mówi. O powrocie na pokład samolotu na razie nie chce słyszeć, choć przez lata latał regularnie po całej Europie.
Zapytany, czy chciałby coś przekazać innym pasażerom, po raz pierwszy w tej rozmowie się uśmiechnął. Zawsze zapinajcie pasy. Nie chcę, żeby ktokolwiek przeżył to, co ja.
Zwiedzaj te miejsca z audioprzewodnikiem
Travio działa na całym świecie — ponad milion nagrań audio, zawsze pod ręką, bez przewodnika.